czwartek, 11 października 2012

Farbujemy? - Nowość: Palette Salon Colors

Farbować włosy czy nie? - Był to mój odwieczny problem i zawsze, trzymając już farbę w rękach, ostatecznie rezygnowałam, odkładając farbowanie na: "a może innym razem...".
Choć sięgałam po środki koloryzujące, takie jak szamponetki, miałam obawy co do trwałej zmiany koloru włosów. Wynikało to pewnie z licznych, zaobserwowanych pomyłek wśród moich koleżanek i nie tylko: czarny zamiast brązowego czy czekoladowego odcienia, było po prostu standardem.
Tak więc, moja ostrożność osiągnęła maksimum, aż do momentu, kiedy skontaktowała się ze mną Pani Asia z firmy Henkel, wspominając o nowych farbach do włosów Palette Salon Colors. Po znalezieniu w sieci dostępnych odcieni farb z tej serii, okazało się, że wśród nich, znajduje się kilka interesujących mnie odcieni.
Miałam możliwość wybrania dla siebie dwóch numerów farb i zdecydowałam się na, być może, bardzo podobne, niewiele odbiegające od siebie kolory (ale czy rzeczywiście?) :
- Nr 6-0 CIEMNY BLOND
- Nr 5-0 JASNY BRĄZ



Muszę wspomnieć, że wymiana maili z Panią Asią, była bezproblemowa i miła. Myślę, że każda z Nas - blogerek, byłaby zadowolona z takiego podejścia firm czy ich przedstawicieli, jeśli chodzi o kwestię współprac i nie tylko ;) Paczka dotarła do mnie w tempie ekspresowym - bo już następnego dnia po tym, jak Pani Asia poinformowała mnie, że farby przeznaczone dla mnie są już przygotowane do wysyłki.
Odbierając pakunek od kuriera byłam trochę zaskoczona, gdyż gabaryty (paczki, nie kuriera :P), były pokaźniejsze niż się spodziewałam. Po zajrzeniu do środka, okazało się, że farby zapakowane są w estetyczne pudełko, a oprócz nich, znajdował się tam również list - miło, trzeba przyznać.


Wracając do tematu włosów - w tej kwestii jestem bardzo zachowawcza. Wszelkie czerwienie, rudości, nie są dla mnie i zdecydowanie wolę w miarę naturalnie wyglądające włosy.
Jakie nadzieje wiążę z powyższymi farbami? Na pewno oczekuję dobrego pokrycia włosów oraz intensywnej barwy, która pozostanie na nich przez jakiś czas. Jeśli przy tym, włosy będą gładkie i błyszczące, z pewnością moje zadowolenie będzie większe.
No cóż... wszystko zostanie skonfrontowane wkrótce, natomiast sądny dzień pierwszego farbowania następuje już dziś. Trzymajcie kciuki za pozytywną (w moim odczuciu ;p) koloryzację oraz brak rozpaczy "po wszystkim" :P

poniedziałek, 8 października 2012

Maybelline - The Colossal Volum' Express Waterproof + paczka The Body Shop


Wodoodporna maskara, nie tylko w sezonie letnim, to dla mnie podstawa. Wbrew pozorom wcale niełatwo jest znaleźć na drogeryjnych półkach tego typu produkt, który rzeczywiście by się sprawdzał.
Po The Colossal Volum' Express Waterproof, sięgnęłam całkiem przypadkowo i spontanicznie. Pamiętam, że kilka razy posiadałam jego starszego, 'zwykłego', brata, The Colossal Volum' Express i efekt jaki tworzył na moich, całkiem mizernych rzęsach, był świetny.



Do pozytywów mogę zaliczyć na pewno, dużą szczotę - jest to to, na co w tuszach do rzęs zwracam największą uwagę. Choć takie gabaryty, mogą niektórym utrudniać pomalowanie dolnych rzęs, to jednak sądzę, że wygląd końcowy oczu , jest wart trudu.


Tusz zauważalnie pogrubia i wydłuża rzęsy, sprawiając, że są one bardziej wyraziste, a przy tym nie skleja ich i nie tworzy grudek. Na pewno oprócz szczoteczki, swój udział, ma tu konsystencja, którą wg mnie jest  idealnie wyważona - nie jest zbyt rzadka, ani za gęsta. Rzęsy są rozdzielone oraz zyskują głęboką, czarną barwę.
Za największe zło, jeśli chodzi o maskary, uważam ich osypywanie się w trakcie dnia, wraz z upływającymi godzinami. Z tą, tego nie doświadczyłam - na szczęście. Napotkałam za to na inny problem, ale szczerze powiedziawszy dotyczy on wszystkich tuszów (tuszy?) ( a przynajmniej ja mam tak z każdym ;P), mowa o odbijaniu dolnych rzęs. Na to nie ma siły, jakkolwiek ostrożnie posługiwałabym się szczoteczką i nanosiła na dolny rząd rzęs, minimalną ilość maskary, zawsze, ale to zawsze, nawet po kilku godzinach, odbije się mi ona na skórze ;P Pozostaje 'kontrolować' stan oczu i skóry wokół nich przy pomocy lusterka i korygować nieporządane 'maskarowe pieczątki', innej opcji nie widzę.
Jeśli maskara ma być wodoodporna, to wytrzymałość na substancje ciekłe, takie jak: deszcz, łzy, woda z basenu, czy innego akwenu. , powinna tu odgrywać pierwszorzędną rolę. Rzeczywiście,  wodoodporność Colossal'a stoi na bardzo wysokim poziomie. Właściwie trudno go zmyć z rzęs nawet przy użyciu specyfików do demakijażu oczy. Z moich obserwacji wynika, że  najciężej jest przy użyciu mleczek (btw. nie pałam do nich jakąś wielką miłością), natomiast całkiem sprawnie poradzimy sobie z nim, przy użyciu, osławionego już i dla niektórych niezastąpionego , płynu micelarnego Bourjois.


Niestety brak zestawienia rzęs przed i po zastosowaniu tuszu Colossal Volum' Express Waterproof, a to z przyczyn, nazwijmy je, świetlnych. Rano jest za ciemno, a ostatnio, gdy wracam do domu, jest szaro, buro i nieprzyjemnie, dlatego zdjęcia po prostu wychodzą straszne. Jednak, być może dostrzeżecie coś
na zdjęciach ostatnich makijaży, które znajdują się na blogu, gdyż nieustannie używam tej maskary i jak na razie nie planuję rzucić ją w kąt :)

Z rzeczy równie przyjemnych, co sprawdzające się i odpowiadające nam produkty kosmetyczne..
Dzisiaj odebrałam w końcu z Poczty paczkę, która czekała na mnie od piątku. Zawartość , to coś czego spodziewałam się od pewnego czasu i wzbudziło u mnie spore zainteresowanie. Są to dwa produkty The Body Shop z serii Tea Tree Oil, producent opisuje je następująco:

- krem na noc
Lekki, nawilżający krem o konsystencji żelowej dla skóry z niedoskonałościami. Przy regularnym użyciu pomaga minimalizować ślady po niedoskonałościach oraz przebarwienia.

- olejek
Kojący, antybakteryjny oraz oczyszczający olejek. Nanosić bezpośrednio na niedoskonałości na skórze. Koi skórę, nie wysuszając jej.



Zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce - testy rozpoczynam od dzisiaj, mając nadzieję, że problemy skórne, z którymi się zmagam, odejdą w niepamięć :P Pryszcze, gińcie!

niedziela, 7 października 2012

A. - where are you?

Mówiąc wprost: nie było mnie tu prawie miesiąc. Powód? Nic nadzwyczajnego, po prostu średnio raz do roku mam 'słabszy czas', który tym razem, przypadł na ten właśnie okres. Niewątpliwie przyczyniło się do tego bardzo złe samopoczucie, które mogę chyba nazwać jesienną chandrą. Zmęczenie materiału, zobojętnienie i dziwna do opisania niemoc, skutecznie zabierały mi chęci do pisania , robienia zdjęć i wszystkich innych rzeczy, które związane są z blogiem.
Dzisiaj powracam do blogerskiej społeczności, mając nadzieję, że ta chwilowa przerwa, tak naprawdę, tylko wyszła mi na dobre :)
Żeby nie było tak pięknie i tylko pozytywnie, to dopadło mnie przeziębienie, które za nic nie chce mnie opuścić, także jak na razie kaszle niczym gruźlik i wciąż raczę się herbatą imbirową z miodem.



Jako bonus, można powiedzieć, kolejny mały powód mojej zmniejszonej aktywności... nowy, wymarzony, beżowy, członek rodziny :) Przedstawiam Morisa, który pochłania sporo mojego wolnego czasu, a także skutecznie utrudnia mi etap przygotowania zdjęć do postów :P



Chciałabym, żeby wszystko wróciło do normalnego stanu rzeczy, jeśli chodzi o blog. Na pewno spróbuję lepiej dysponować swoim czasem i wszystko ze sobą pogodzić. A że podobno nie ma rzeczy niemożliwych,  powinnam wygospodarować czas nie tylko na dwie szkoły, dom oraz życie prywatne, ale i na blog, który towarzyszy mi w lepszych i w tych gorszych chwilach, już praktycznie 2 lata :)
Do napisania w takim razie i nie dajcie się tej okropnej pogodzie :)

poniedziałek, 10 września 2012

Ale to już było - czyli spotkanie śląskich blogerek!

Muszę przyznać, że ten weekend był  jednym z najlepszych podczas tych wakacji! Bardzo pozytywny, a to za sprawą kilku wydarzeń... jednym z nich, było wczorajsze spotkanie śląskich blogerek w Katowicach! Było nas sporo, bo aż 40sztuk :) wypełniłyśmy wnętrze pubu Kredens i zaczęło się: rozmowy o kosmetykach i nie tylko, śmiech, sączenie złocistych napojów ( kolorowych również) i masa paczek od sponsorów, która została nam rozdana. Początkowo, ze względu na dosyć ograniczoną przestrzeń i możliwość swobodnego przemieszczania się między stolikami, mogłam porozmawiać z garstką blogerek. Wszystko zmieniło się chwilę później, kiedy to ochoczo, co jakiś czas, transportowałyśmy się, w licznym gronie, przed lokal - wszystko oczywiście w celu dotlenienia i rozprostowania nóg :P.
Razem z kilkoma dziewczynami (Asia, Gosia, Siulka, Matleena, Redhead, Hispaniola) 'zasiedziałyśmy się' i w kameralnym gronie spędziłyśmy resztę wieczoru :) Było naprawdę świetnie i  szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem kiedy minęły te wszystkie godziny w 'Kredensie' :) Na pewno, w niedalekiej przyszłości musimy powtórzyć spotkanie!
Dziękuję jeszcze raz Siulce za przetransportowanie mnie z wszystkimi pakunkami  do ścisłego centrum - 'spacer' ciemnymi ulicami Katowic, w pełnym obładowaniu, na pewno nie należałby do najprzyjemniejszych :P W autobusie , co prawda wzbudziłam małą sensację, w szczególności, gdy z trudem wychodziłam, taszcząc wszystkie kilogramy, a dzisiaj... mam okazję odczuć, co to znaczy ból mięśni rąk.

Poniżej tylko kilka zdjęć, i to większość podkradzionych, ale mam nadzieję, że dziewczyny nie będą mi miały tego za złe :P Zagadałam się kompletnie i robienie zdjęć zeszło na dalszy plan, a oprócz tego światło (a raczej jego niedobór) we wnętrzu utrudniało nieco sprawę.
Na początek, zdjęcie grupowe, w uszczuplonym składzie - kilka dziewczyn opuściło miejsce spotkania wcześniej:

zdjęcie pochodzi z bloga Matleeny

Słodka niespodzianka, wykonana przez Anię :) Niebieskie usta i język były tego dnia naszym znakiem rozpoznawczym.


z Olą

Zaciesz

Asia też uśmiechnięta
Oba zdjęcia zapożyczone od Eweski

Gadu-gadu
Zdjęcie z bloga Redhead
po prawej Siulka i yesiwantyouback

 Więcej zdjęć ze spotkania znajdziecie na pewno u innych dziewczyn :) Tymczasem, tajemnicze paczki i ich zawartość - ilość powala, jak widać, większość produktów spakowałam (w końcu na coś przydadzą się ikeowskie pudła ), bo najzwyczajniej w świecie nie mam na nie miejsca.


Sporo tego... pierwsze słowa, które przyszły mi na myśl po powrocie z Katowic. Zapowiadają się dłuuugie i intensywne testy.

Kolejny raz muszę wspomnieć o organizacji spotkania, które było na najwyższym poziomie, dziewczyny (Redhead, Matleena, Karolina ), byłam i jestem pod ogromnym wrażeniem :) Podziękowania należą się również sponsorom, którzy podarowali nam tyle 'prezentów' - podobnie jak Asia, poczułam się jak podczas Gwiazdki :)
Jeszcze raz, wielkie dzięki dla wszystkich, z którymi miałam przyjemność się spotkać. Do zobaczenia :)

środa, 5 września 2012

Makijażowo: (Nudne) brązy.

Przez ostatnie 2 tygodnie, w kwestii makijażowej, u mnie wieje nudą. Codziennie make-up jest praktycznie taki sam, ewentualnie z małymi modyfikacjami, jeśli chodzi o odcień poszczególnych kolorów. Nie zmienia się natomiast jedno: zawsze są to beże w połączeniu z brązami :P


Jest to bardzo bezpieczny makijaż, który ma jedynie nieco podkreślić oczy. Jeśli chodzi o usta, z nimi bywa różnie - nakładam, akurat taki kolor na jaki mam ochotę w danej chwili, a przy takich barwach na powiekach, kolor pomadki może być praktycznie dowolny. Tutaj akurat użyłam pomadki Essence - nr 41 Femme Fatale, którą delikatnie wklepałam, dlatego też intensywność nie jest aż tak duża, jak można się spodziewać po samej nazwie :)
Jak widać, bardzo zachowawczo (wg mnie), z kolorowych makijaży chwilowo zrezygnowałam, a to pewnie przez to, że czuję, zbliżającą się, wielkimi krokami jesień... Jakoś trudno mi uwierzyć, w zapowiadany przez wszystkich słoneczny, ciepły wrzesień - mój sceptycyzm osiągnął apogeum :P. Ciągnie mnie niesamowicie to ciemnych kolorów, nie tylko w makijażu, ale również w ubiorze... i tak chyba przez jakiś czas pozostanie.

poniedziałek, 3 września 2012

Lakierowo: bordo, burgund... Golden Rose - nr 61.

Ostatni post 13 dni temu! Zdecydowanie zbyt mało mnie tutaj ostatnio, a to pewnie przez to, że wakacje powoli zmierzają ku końcowi, a więc staram się z nich korzystać jak tylko mogę :) Choć częstotliwość publikowania wpisów jest taka sobie, to nie odpuszczam za to czytania i przeglądania Waszych...


A dzisiaj - lakierowo :) Lubię mozne akcenty, w tym przypadku padło na paznokcie. Chociaż kolor bordo powoli podbija wszystkie 'sieciówki' ( i nie tylko) oraz ogłoszony został hitem sezonu jesienno-zimowego, ja toleruję go raczej głównie w formie lakieru do paznokci. Padło na Golden Rose nr 61. Nie jest to typowy burgund, dostrzeżemy tu delikatny shimmer jak i metaliczny połysk, czyli cechy, które idealnie wpisują się w jesienno-zimowe trendy ( tak, wiem... mamy dopiero wrzesień :P).



Idealne krycie, zapewnią dwie warstwy lakieru, a dzięki wygodnemu pędzelkowi i dobrej konsystencji, nałożenie na paznokcie jest łatwe, szybkie i precyzyjne. Czas schnięcia jest w porządku, a sama wytrzymałość lakieru na paznokciach, całkiem niezła - po trzech dniach zauważyć można jedynie , starte końcówki, co uważam za normalne, przy wykonywaniu np: podstawowych czynności domowych. Odprysków czy schodzenia lakieru całymi płatami, nie odnotowałam.
Może zbyt szybko 'przestawiłam się' na ciemne lakiery... chociaż zamierzam również, rozweselać sobie, pochmurne, ponure, nadchodzące dni, energetycznymi, kolorowymi mani. Jednak wiem, że klasyczna czerń, szarości, czerwienie i przedstawione bordo, będą często w użyciu. Zaopatrzyłam się nawet w jeszcze jeden lakier o winnym odcieniu, tym razem jednak całkowicie kremowy, czyli Avon nailwear pro+ , o nazwie Cherry Jubilee.


Zapowiada się bardzo dobrze :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

The Body Shop - Beautifying Oil: Moringa

Z różnego rodzaju olejkami polubiłam się na tyle, że nie wyobrażam sobie nie mieć przynajmniej jednego opakowania/buteleczki na półce, w zapasie.
Suchy olejek The Body Shop o zapachu Moringa szybko podbił moją skórę i włosy.


Buteleczka zawiera 100ml dobrodziejstwa w postaci olejku, za cenę 39zł - do wyboru mamy aż 11 opcji zapachowych.
Mój olejek, czyli Moringa, charakteryzuje się niezbyt drażniącym,  kwiatowym zapachem, co do którego początkowo miałam mieszane uczucia, jednak w miarę używania kosmetyku, przywykłam do tej woni i teraz mogę ją określić jako bardzo przyjemną.
Najważniejszy jest sam skład olejku, a wygląda on następująco: Caprylic/Capric Triglyceride (Emollient), Dicaprylyl Carbonate (Skin-Conditioning Agent),  Sclerocarya Birrea Seed Oil (Skin Conditioning Agent), Parfum/Fragrance (Fragrance), Prunus Amygdalus Dulcis Oil/Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (Skin-Conditioning Agent),Moringa Pterygosperma Oil/Moringa Pterygosperma Seed Oil (Skin-Conditioning Agent), Aleurites Moluccana Seed Oil (Emollient), Linalool (Fragrance Ingredient), Tocopherol (Antioxidant), Pentaerythrityl Tetra-Di-t-Butyl Hydroxyhydrocinnamate (Antioxidant),Geraniol (Fragrance Ingredient), Helianthus Annuus Seed Oil/Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil (Emollient), Ascorbyl Palmitate (Antioxidant).


Jak wspominałam w poprzednim poście, produkt charakteryzuje się wszechstronnością, możemy bowiem
używać go do pielęgnacji całego ciała, twarzy, jak i włosów - i tutaj dla mnie sprawdza się najlepiej. Niewielką ilość olejku wcieram głównie w końcówki, które w moim przypadku, są suche, a nierzadko , po prostu zniszczone. Kosmetyk zostawiam na całą noc, a rano pozbywam się go, myjąc dokładnie włosy szamponem nie zawierającym silikonów.
Efekt jest widoczny od razu , włosy lepiej się układają, końcówki zostają ujarzmione, a ich niesforność odchodzi w zapomnienie. Zauważalna jest również zmiana w dotyku, włosy są bardziej miękkie i lśniące.
Jako kręconowłosa , mogę też powiedzieć, że naturalny skręt włosów jest uwidoczniony, co mnie niezwykle cieszy, gdyż nie lubię tzw. siana na głowie.

Efekt prezentuje się mniej więcej tak: 

Często wykorzystuję olejek TBS w celu nawilżenia twarzy, tutaj sprawuje się równie dobrze, co w przypadku włosów. Wystarczy nanieść na skórę twarzy lub miejsca szczególnie wymagające nawilżenia, kilka kropli olejku,a  następnie rozsmarować, z czym nie ma absolutnie żadnych problemów. Dzięki rzadkiej konsystencji i pozbawieniu lepkości , błyskawicznie wnika w skórę, pozostawiając lekki , prawie niezauważalny, film - bez obaw, nie będziemy na pewno lśnić, niczym wysmarowany oliwką bobas ;p
Podobnie jak w przypadku włosów, polecam zastosować 'nocną kurację' , rano skóra będzie widocznie nawilżona i sprężysta oraz z pewnością zyska zdrowszego wyglądu.
Nie jest to może opcja dla wszystkich - sama, przed pierwszym użyciem, ze względu na większe niż dotychczas natłuszczenie, bałam się 'zmasowanego ataku nieprzyjaciół', ale nic takiego na szczęście się nie wydarzyło (i w dalszym ciągu nie wydarza).
Praktycznie, problem suchości czy szorstkiej w dotyku skóry na policzkach, już dla mnie nie istnieje, a warto wspomnieć , że olejku nie używam codziennie. Mimo braku regularności w stosowaniu, wpływa pozytywnie i nieźle współpracuje z moją nieidealną cerą, dlatego duży plus dla tego produktu.

Są to dwa główne cele do których wykorzystuję suchy olejek TBS i według mnie, jest to jego najlepsze zastosowanie.

Olejek, na wymagającej nawilżenia ręce

Używanie go do pielęgnacji ciała wydaje mi się średnio efektywne - bardziej preferuję w tym przypadku kosmetyki specjalnie do tego stworzone, czyli  masła do ciała czy też balsamy. Nie mówiąc już o tym, że opakowanie olejku przy taki sposobie wykorzystania, z pewnością zostałoby szybciej opróżnione.

Olejek The Body Shop ma przede wszystkim upiększać, jak również otulać nas i nasze zmysły zapachem. Rzeczywiście tak się dzieje. Zastosowany czy to do włosów czy do skóry, wypada naprawdę dobrze, a jego działanie jest nie tylko zauważalne, ale i namacalne ;)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Info, info... + pytanie do Was :)

Na początek, krótkie ( nawet trochę spóźnione) info: już niedługo, w Katowicach odbędzie się spotkanie śląskich blogerek! Po więcej, zapraszam TUTAJ .
Ja na spotkanie na pewno się wybieram, a te, które jeszcze się zastanawiają, zachęcam do zgłaszania się - wolnych miejsc z tego co wiem, pozostało niewiele!



Druga sprawa, to wygląd bloga - jak widzicie, nieco się zmieniło i był to wynik spontaniczności oraz zbyt dużej ilości wolnego czasu. Postawiłam na prostotę, zdecydowanie :)
Do ogarnięcia mam jeszcze karty pod nagłówkiem, chciałabym również dodać kartę 'WYMIANKA' , gdzie znalazłyby się produkty, które z jakichś względów leżą u mnie praktycznie nieużywane lub nie korzystam z nich od jakiegoś czasu.

Mam również pytanie do Was: o czym chciałybyście przeczytać na blogu lub jakie posty mają pojawiać się częściej? Może jakieś szczególne życzenia co do makijaży, które miałyby się tu znaleźć? Na wszelkie sugestie jestem otwarta :)

Poniżej mała zapowiedź recenzji, która pojawi się jutro, czyli kosmetyk, można powiedzieć wszechstronny, który ostatnimi czasy jest przeze mnie w ciągłym użytku :)



A dzisiaj, korzystajmy z pięknej, słonecznej pogody - w końcu mało było takich dni tego lata...

niedziela, 12 sierpnia 2012

Makijażowo: Gold, gold, gold!

Weekend mija pod znakiem niesamowitej nudy i okropnej niechęci do wszystkiego. Cud, że w takich chwilach słabości naszła mnie ochota, żeby stworzyć coś makijażowego - padło na podwójną, nieco przerysowaną ( bo zdecydowanie dłuższą niż na co dzień ), złoto-czarną krechę ;D


Czarny eyeliner, to jak zwykle kałamarz z Wibo, a złoty powstał z połączenia pigmentu Kobo nr 508 Golden Chic z płynną bazą pod pigmenty. Powieka 'czysta', bez grama żadnego cienia, została na samym początku jedynie przypudrowana. Róż, to zapomniana brzoskwinia o nazwie 'Sparkling Cider' z paletki magnetycznej Mary Kay. Usta prezentują bułgarską pomadkę, której trwałość mnie zadziwiła- wielki plus i wielkie wow.


Chyba polubię eksperymenty z kreską na powiece :) a Wy, wolicie klasykę czy jednak różnego rodzaju wariacje na ten temat?

czwartek, 9 sierpnia 2012

'Już' jestem! :)

Home, sweet home ;)
Wreszcie wróciłam, do Polski, do znajomych, do Was... 2 tygodnie w pełnym słońcu i upale, to dla mnie jednak zbyt wiele - znowu doceniłam Nasz, umiarkowany klimat. Jest też rzecz za którą bardzo tęskniłam, mianowicie za dobrym jedzeniem, którego w Bułgarii raczej się nie uświadczy ;p No ale, żeby nie było, że tylko narzekam, muszę przyznać, że baterie zostały naładowane w 100%, opaliłam się, popluskałam w Morzu Czarnym, odwiedziłam oprócz Słonecznego Brzegu, Święty Włas, Nessebar, zrobiłam masę zdjęć (hehe, ok. 1000!!)... i oczywiście musiałam przywieźć 'pamiątki' w postaci kosmetyków. Moim celem były kosmetyki różane, których w Bułgarii jest masa! Zaopatrzyłam się w wodę różaną oraz olejek różany, oprócz tego, do bagażu trafiło kilka, całkiem nieplanowanych zakupów, m.in : paletka cieni w odcieniach fioletu (<3 ;d), nieznanej mi wcześniej marki Farmasi (turecka firma kosmetyczna mająca w swoim asortymencie sporo ciekawych produktów) oraz pomadka Miss Rose, w pięknym odcieniu brudnego różu, kupiona za śmieszne pieniądze, a jakością dorównująca niejednej 'markowej'.

                                                     Najjaśniejszy cień z paletki wyszedł zbyt 'biało', w rzeczywistości jest to jasna lawenda

Dziś zostawiam Was z paroma zdjęciami z mojego wakacyjnego wyjazdu, tymczasem ja spróbuję nadrobić wszystkie zaległości z ostatnich 2 tygodni :)

Długie włosy są kłopotliwe ;p

A jak mijają Wasze wakacje? Wyjazdy dopiero przed Wami, czy raczej chwile odpoczynku należą już do przeszłości? 
:)

Popularne posty