środa, 27 czerwca 2012

Joanna - Plastry do depilacji ciała z woskiem.


Pogoda nas rozpieszcza, a raz wręcz przeciwnie... Jednak astronomiczne lato już się rozpoczęło i miejmy nadzieję, że będziemy mieć często okazję do wygrzewania się w słońcu, w różnych urokliwych miejscach ;) Skoro lato, to większe możliwości, jeśli chodzi o ubiór - spodenki, spódniczki i sukienki to norma, a gładkie nogi - konieczność.


Chociaż zwykle do depilacji używam maszynki do golenia + żelu z Joanny, to postanowiłam sprawdzić jaki efekt dają... plastry. W ruch poszły plastry do depilacji ciała z woskiem marki Joanna.
Opakowanie zawiera 12 pojedynczych plastrów oraz oliwkę łagodzącą(10ml), która całkiem szybko się wchłania i wpływa kojąco na miejsca podrażnione.


Postępowanie z takimi plastrami jest standardowe, czyli najpierw podgrzewamy je po przez pocieranie dłońmi, następnie rozdzielamy na dwie części, przyklejamy plaster na skórę - wygładzając go w kierunku wzrostu włosów, a zdecydowanym ruchem odrywamy go w kierunku POD WŁOS.
Może zaboleć, choć jeśli dobrze naciągniemy skórę, uczucie to, możemy zminimalizować.
Jakie są moje wrażenia (efekt możecie ujrzeć na zdjęciu niżej)? Owszem, plaster usunął włoski, ale okazał się już bezużyteczny, jeśli chodzi o przyklejenie na kolejny obszar skóry (producent obiecuje, że każdego plastra można użyć kilka razy - no niestety okazuje się to niemożliwe). Druga sprawa, to mozolne rozgrzewanie w dłoniach...

Tak sobie rosły włoski ...


 'Przetransportowane' już na plaster

 Szczerze powiedziawszy, szybko skapitulowałam, jeśli chodzi o plastry. Efekt nie jest jakoś specjalnie zadziwiający, a sam proces pozbywania się owłosienia trwa zbyt długo. Z częściowo wydepilowaną, jedną łydką pognałam do łazienki, by dosyć szybko i sprawnie rozprawić się z niechcianymi włosami, przy pomocy poczciwej maszynki i żelu do golenia ;)
Plastry zdecydowanie nie są dla mnie,a  przynajmniej te drogeryjne. Zupełnie inaczej sprawa ma się z depilacją woskiem, przy użyciu plastrów np: u kosmetyczki, lub tak jak ja mam okazję - na zajęciach w szkole. Rozgrzany wosk, w specjalnym urządzeniu, jednak 'robi robotę' i skuteczność depilacji jest o wiele lepsza ;)

A jakie są Wasze ulubione metody pozbywania się owłosienia? Jakie specyfiki towarzyszą Wam podczas tej czynności?

czwartek, 14 czerwca 2012

Dr Irena Eris - Zniewalający balsam do ciała SPA Resort Capri + paczkowo: Lirene.


Nie samą 'kolorówką' człowiek żyje, dlatego czas na kilka słów odnośnie balsamu do ciała SPA Resort z linii Capri, marki Dr Irena Eris, który trafił do mnie wraz z kilkoma innymi produktami już jakiś czas temu.


Serii tej nie uświadczymy w  zwykłych drogeriach, tylko w sieci perfumerii Douglas , a cena, za 200ml opakowanie- ok. 115zł, nieszczególnie może zachęcać...
Jednak skupiając się na samym produkcie i jego działaniu, to muszę przyznać, że polubiłam go. Jest to balsam o rozbielonej, miętowej barwie i o bardzo lekkiej konsystencji, można powiedzieć, żelowo-kremowej. Także amatorki ciężkich, treściwych mazideł, mogą poczuć się zawiedzione.

Skóra po rozsmarowaniu balsamu - widoczny delikatny film, który po chwili znika

Tutaj nie ma mowy o ciężkim, opornym wchłanianiu, czy pozostawianiu filmu na skórze, przez dłuższy czas. Balsam SPA Resort Capri, bez problemu rozprowadza się i bardzo szybko wchłania, dając uczucie wygładzenia oraz lekkiego nawilżenia. Skóra staje się delikatna w dotyku, ale największe wrażenie robi zapach samego balsamu. Osobiście uważam go, za największy pozytyw tego produktu. Czujemy świeżą woń (mięta, olejek z awokado), która bez wątpienia pobudza zmysły i przywodzi na myśl morską bryzę. Dlatego z przyjemnością smaruję się tym balsamem po kąpieli, by poczuć jeszcze większe orzeźwienie.
Producent obiecuje nam głębokie nawilżenie, ujędrnienie, odprężenie. Co do ostatniego, zgadzam się w 100%, nawilżenie może nie powala, ale jest wyczuwalne, z tym że, najbardziej niedługo po posmarowaniu skóry. Nie zauważyłam również jakiejś ogromnej poprawy, w kwestii ujędrnienia - a balsamu używam regularnie. Nie mniej, miękkość i aksamitność skóry po zastosowaniu jest zauważalna.


Stosowanie tego typu produktów, pokusiłabym się nawet o nazwę, luksusowych, jest z pewnością samą przyjemnością. Chyba nie muszę wspominać, że cena balsamu Spa Resort Capri, pozostawia wiele do życzenia i prawdopodobnie po skończeniu opakowania (pozostała mi mniej więcej połowa), nie sięgnę po niego ponownie. Przyznać jednak muszę, że dawno nie używałam, tak przyjemnego dla nosa, mazidła :)
Ciekawią mnie co prawda produkty z innych linii zapachowych marki Dr Irena Eris: Hawaii, Indonesia, Scandinavia... Będę musiała jednak obejść się smakiem.
Miałyście możliwość używania kosmetyków, z którejś serii?


A oto co czekało na mnie, po dzisiejszym powrocie do domu, małe pocieszenie, w ten (kolejny już) pochmurny, deszczowy dzień:


- preparat błyskawicznie łagodzący podrażnienia wywołane nadmiernym opalaniem
- mineralna emulsja chroniąca przed słońcem 50+ SPF
- nawilżająco - odżywczy balsam do opalania 30+ SPF
- uniwersalne oczyszczające mleczko i tonik Lirene
-  2 fluidy Lirene City Matt , nr 204 Naturalny i nr 207 Beżowy
                                                               + żelowa opaska kosmetyczna

W słodkim, różowo-białym pudełeczku znalazły się 2 produkty do higieny intymnej:


- kremowy płyn
- żel


Po raz kolejny, Lirene sprawiło nam miłą niespodziankę :) Pozostało tylko z utęsknieniem oczekiwać upałów i słońca, by móc wypróbować część z powyższych kosmetyków, a raczej sprawdzić ich działanie.

piątek, 8 czerwca 2012

Annabelle Minerals - podkłady: Beige Light, Beige Medium, Golden Light oraz róż: Romantic. + Swatche.


Ostatnio na blogach, bardzo popularny stał się temat pewnych kosmetyków mineralnych, a mianowicie Annabelle Minerals. Tak się składa, że sama otrzymałam możliwość przetestowania kilku produktów tej marki. Jak do tej pory, z minerałami miałam bardzo małe doświadczenia (Everyday Minerals), a te poniższe, już po pierwszych testach, wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
W paczuszce znalazłam:
- pędzel do podkładu
- podklad matujący w odcieniu Beige Medium
- róż w odcieniu Romantic
- próbki podkładów: matujący Beige Light, rozświetlający Beige Light, kryjący Golden Light


Nie będę opisywać wyglądu opakowań i tym podobnych szczegółów, bo jak mniemam, większość z Was, miała już możliwość przeczytania na ten temat na innych blogach kosmetycznych, aczkolwiek jeśli macie jakieś konkretne pytania, z chęcią na nie odpowiem :)
Skupmy się na odcieniach, dlatego przedstawiam swatche wszystkich mineralnych smakołyków, jakie trafiły w moje ręce:


Który z produktów podbił moje serce? Chyba nie trudno zgadnąć... :)


Mineralny róż w odcieniu Romantic, to piękny, chłodny i delikatny odcień, którego nazwa jest jak najbardziej adekwatna, do efektu jaki uzyskujemy na policzkach. Intensywność możemy stopniować, jednak bez obawy, że nasze policzki 'będą krzyczeć kolorem' ;D
Róż świetnie będzie współgrać z subtelnym makijażem, jak również z mocniej podkreślonym okiem, tym samym, nadając całości dziewczęcy i świeży wygląd. Co tu dużo mówić, ten odcień jest prawie ideałem, jeśli chodzi o moje poszukiwania różu o jasnym kolorze, który kojarzy się z jakże słodką watą cukrową.
Aplikacja jest banalnie prosta i nie sprawia żadnych problemów typu, nierównomierne rozłożenie się koloru, plamy, czy inne tego rodzaju cuda. Wystarczy użyć naprawdę małej ilości produktu, by odpowiednio podkreślić to co trzeba. 4 gramowe opakowanie posłuży nam długo - to pewne.
Co najbardziej cieszy, to krótki, mineralny skład, bez występowania talku, parabenów, silikonów i innych substancji, które niekoniecznie, wpływają pozytywnie na stan naszej cery.
Składniki: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxide, Ultramarines.

Jeśli chodzi o podkłady mineralne, to niestety, nigdy wcześniej nie miałam z nimi styczności,a co za tym idzie, byłam zielona, w kwestii jak zachowują się one na skórze. Pierwsza moja myśl to: Yhy, ciekawe jak taki 'proszek' jest w stanie zakryć niedoskonałości, nie wierzę w to!
No i cóż... po nałożeniu uwierzyłam ;D Byłam nieźle zaskoczona, że przy użyciu niewielkiej ilości produktu, można uzyskać taki wygląd końcowy. Niezastąpiony okazał się miękki, gęsty pędzel flat top, dzięki któremu mogłam równomiernie rozprowadzić podkład.
Skóra po aplikacji podkładu wygląda bardzo dobrze i naturalnie - brak tu efektu maski. Oczywiście tylko, jeśli dobierzemy odpowiedni kolor podkładu, a z tym może być ciężko...

Odcień Beige Medium, okazał się nietrafionym wyborem i po jednej, testowej aplikacji, moja twarz zwracała na siebie uwagę, mocnym, wpadającym w pomarańcz, kolorem.
Do Golden Light jestem jeszcze zbyt blada, ale gdy już słońce zawita u nas na dobre, sądzę, że z powodzeniem będę mogła go używać.
Pozostała opcja z zastosowaniem najjaśniejszego odcienia, z tych które posiadam, czyli Beige Light. Początkowo, nakładanie podkładu zajmowało mi na prawdę sporo czasu i manewry pędzlem, trwały z pewności dłużej niż nakładanie 'normalnego' podkładu w formie płynnej. Po pewnej ilości aplikacji, jestem jednak w stanie, już sprawnie z nim współpracować i cały etap zajmuje akceptowalną ilość czasu :)
Wersja matowa tego odcienia podkładu, utrzymuje się na mojej skórze, w praktycznie niezmienionym stanie przez wieeele godzin, a jak wiecie, bardzo sobie cenię brak konieczności wykonywania poprawek makijażu w ciągu dnia, dlatego trwałość zasługuje jak najbardziej na plus. Poza tym, nie mam wrażenia 'ciężkości makijażu' i przez myśl mi nie przychodzi: 'hmm, chyba ten podkład nie wygląda jak szpachla na mojej twarzy? ;p'  - sypaniec jest wyjątkowo lekki i dobrze stapia się z cerą. Pamiętać musimy, by nakładać go na suchą skórę, a kremu używać odpowiednio wcześniej, przed jego aplikacją, aby zdążył się dobrze wchłonąć. W przeciwnym razie, powstać mogą, mało estetyczne placki bądź różnice w odcieniu, w różnych miejscach na twarzy.
Składniki: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxide, Ultramarines

Poniżej coś, dla ludzi o silnych nerwach, czyli moje oblicze (a raczej część) bez podkładu:


A tutaj już z podkładem mineralnym Annabelle Minerals, Beige Light (matujący):

 O wiele lepiej, czyż nie? :P

Więcej produktów (podkłady, róże, korektory, pędzle), w różnych opcjach kolorystycznych znajdziecie na stronie www.annabelleminerals.pl. Cena każdego produktu (10g), to koszt 30zł - sporo, czy może wręcz przeciwnie? Trzeba zauważyć, że produkty mineralne są naprawdę wydajne, także w ogólnym rozrachunku cena nie jest tak straszna.

Czyżby do ogromnego grona minerałoholiczek, dołączyła jeszcze jedna? :> Obawiam się, że tak! Mineralne cuda zauroczyły mnie - właściwie żałuję, że dopiero teraz... ale, wszystko jest przecież do nadrobienia :)

piątek, 1 czerwca 2012

Makijażowo: KOBO Professional - nr 117 Caffe Latte + Catrice - nr 410 C'mon Chameleon!


Faktem jest, że rzadko można mnie zobaczyć w całkowicie neutralnym, pod względem kolorystycznym, makijażu. Tym razem postanowiłam odbiec od tzw. normy, dlatego na powiekach jest brązowo, z małym dodatkiem duochromu ;p



Użyłam tylko dwóch cieni: KOBO Professional - nr 117 Caffe Latte i Catrice - nr 410 C'mon Chameleon! Do tego czarna kreska i gotowe! Mimo tego, że na co dzień gustuję w bardziej radosnych make-upach, w tym czułam się całkiem nieźle ;) na pewno nie zwracał on aż takiej uwagi, a czasami, może to się okazać dużym plusem.



Dzisiejsza pogoda skutecznie odstrasza mnie od wyjścia z domu - a tu jest piątek, opcja koncertu/spotkania ze znajomymi/ imprezy. Eh, pytanie nasuwa się samo: jak żyć? xD Dosyć żalów, czas się pocieszyć i wyruszyć na 1 czerwcowe zakupy kosmetyczne, a tym samym przerwać odwyk trwający 3 tygodnie - niestety, dłużej nie dam rady, a i zbyt wiele produktów, woła ze sklepowych półek, aby je kupić :)
Komu w drogę, temu.... a Was pozdrawiam, z jakże deszczowego południa Polski :)

środa, 23 maja 2012

Flormar - Pretty Compact Blush -On , nr P116.

Flormarowego szału ciąg dalszy ;)
Jakiś czas temu pojawiła się tu recenzja Pretty Compact Blush On, nr P115... Z racji tego, że bardzo przypadło mi do gustu to duo, zdecydowałam się zaopiekować również jego kolegą, czyli kompaktem nr P116.
W zamierzeniu, było pozyskanie różu o nieco chłodniejszym odcieniu, albo czymś w stylu baby pink. Mimo, że - jak się okazało później - kolor odbiega nieco, od tego przeze mnie pożądanego, i tak używam go nad wyraz regularnie :)



Strona wizualna jest identyczna, jak w nr P115, ot, białe , plastykowe opakowanie, przedzielone na dwie części, w których znajdziemy dwa kolory kosmetyku do policzków. Akurat w tym przypadku, część jaśniejsza, jest połączeniem różu i rozświetlacza, posiada mikroskopijne drobinki, które na policzkach są ledwo widoczne. Efekt rozświetlenia nie jest więc jakiś spektakularny, a raczej bardzo, ale to bardzo subtelny.
Druga połówka, to zupełne przeciwieństwo. W moim odczuciu nie zasługuje ona na określenie jej bronzerem, powiedziałabym raczej, że jest to matowy, bardzo dobrze napigmentowany róż, o barwie ceglanej. Niezbyt zachęcający opis - wiem :), ale jeśli ostrożnie nabierzemy go na pędzel, a następnie dobrze rozetrzemy, możemy uzyskać nim ładny, zdrowy rumieniec - bez plam oraz smug. Oczywiście odcień bardziej preferowany dla osób z ciemniejszą karnacją bądź tych, które już odczuły skutki działania słońca i mogą pochwalić się pierwszą opalenizną. U bladolicych jednak, niekoniecznie będzie wyglądał dobrze.


Co cechuje obie części kompaktu, to struktura/konsystencja produktów, wystarczy lekkie dotknięcie pędzlem, aby nabrać odpowiednią ilość do aplikacji, a przy tym nie pylą. Przy takim używaniu tych róży, starczą one na baaaardzo długi czas, biorąc dodatkowo gabaryty duo - 14g, czyli niemało.
Do trwałości, podobnie jak w P115, również nie mam większych zastrzeżeń, róż zostaje na swoim miejscu praktycznie przez cały dzień, choć w ostatnich dniach, kiedy doznaliśmy zaszczytu pięknej, słonecznej pogody, może być z tym różnie - nie oszukujmy się, skwar, upał, a przy tym, na przykład, podróż komunikacją miejską, nie wpływają dobrze, na żaden makijaż.


Jedyne, co uznaję za minus, to jakość opakowania. Co prawda kompakt nr P116 posiadam dopiero od kilku tygodni i jeszcze nic złego się z nim nie stało, ale jego starszy brat, czyli nr P115, jest nadgryziony zębem czasu - i to dosłownie :P Brzeg opakowania zaczął się kruszyć i pogłębia się to co raz bardziej. Jako, że nie wpływa to na korzystanie z kosmetyku bądź nie utrudnia jego zamykania, jestem to w stanie przeżyć i nie rozpaczać nazbyt :)


DZIEŃ MATKI zbliża się wielkimi krokami :) 
Macie szansę sprawić swojej Mamie niespodziankę i z okazji jej święta, wygrać dla niej i dla siebie metamorfozę w eleganckim SPA oraz profesjonalną sesją zdjęciową. Konkurs organizowany jest przez GLOSSYBOX!

niedziela, 20 maja 2012

Lakierowo: Flormar - nr M117, nr 402, nr 427 + My Secret - nr 148 Mint.

Jak widać po dacie ostatniego, zamieszczonego posta, zastój na blogu trwał dosyć długo... stanowczo zbyt długo. W zasadzie, aby zmienić ten stan rzeczy, w dużej mierze przyczyniło się piątkowe spotkanie śląskich blogerek w Katowicach, o którym część z Was na pewno słyszała. Co prawda, było nas tylko 5, a ten czas miałam przyjemność spędzić z: Karoliną  - u której znajdziecie kilka zdjęć ze wspomnianego spotkania :) Amandą, Kamilą, oraz Aliną.

Dziewczyny, cieszę się, że mogłam Was poznać! ;)

Nie obyło się bez niespodzianki, w postaci reklamówki w jakże radosnych barwach :D, która skrywała dwa produkty - maskę kolagenową marki BeautyFace oraz pilindżek Joanny ;)



Skoro nastąpiła 'reaktywacja' bloga, to nie może zabraknąć przedstawienia nowego, a raczej 3 nowych produktów, które ostatnio wpadły w moje ręce. Mowa o lakierach marki Flormar, które okazały się miłym zaskoczeniem pod względem dostępności kolorów, jak i jakościowym.  Co do samego Flormaru, to stwierdzam, że znajdujące się w mojej okolicy, wyspy tejże marki są czystym złem... nie da się odejść stamtąd z pustymi rękami.
Także na dniach możecie spodziewać się kolejnej recenzji, której tematem będzie produkt Flormaru ;)
Dzisiaj natomiast, lakierowo.


Ostatnio, jeśli chodzi o manicure, wykorzystuję zwykle dwa kolory lakierów. Biorąc pod uwagę, bardzo sprzyjającą aurę, nie sposób oprzeć się żywym, wesołym i zwracającym uwagę, kolorom. Dlatego wybór padł na dosyć energetyczne barwy.
Pierwszy duet, to cukierkowy róż z odrobiną koralu, M117 Flormaru + błękit z My Secret, o numerze 148 i może mylącej nazwie: Mint, bo mięta to raczej nie jest( choć mimo wszystko jest to jeden z moich ulubionych lakierów My Secret - dobrze kryjący i do tego prawie nie do zdarcia). Połączenie kolorystyczne niczym szablon bloga ;p



Druga propozycja, obejmuje 2 lakiery Flormaru: nr 402 ,nazywany przeze mnie zmiksowaną truskawką i nr 427, kolor błotny, przełamany delikatnie fioletem (a co na zdjęciu niekoniecznie widać).

3 powyższe egzemplarze, z łatwością się aplikuje, pędzelki są odpowiednie i pozwalają na precyzyjne pomalowanie płytki paznokciowej. Do osiągnięcia w miarę dobrego efektu, bez większych prześwitów, wystarczą 2 warstwy. Schnięcie raczej standardowe, a wytrzymałość oceniam na ok.4 dni, co jest całkiem niezłym wynikiem.
Cena każdego z lakierów to ok. 9zł.
Coś czuję, że lakiery Flormaru zagoszczą u mnie na dobre. Wybór jest spory, a to sprzyja natrafieniu na 'perełki', no i zawsze można znaleźć kolor, którego akurat jeszcze się nie posiada. ;)
A jak to jest z Wami, zaglądacie do Flormaru i lubicie ich produkty?

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Spotkanie blogerek - Katowice 18 maj

Jako, że chodzi o to, aby dotrzeć do największej liczby osób i ja serdecznie zapraszam wszystkie chętne blogerki na spotkanie w Katowicach 18 maja o godzinie 17:00 ;)
Dokładniejsze info znajdziecie u Karoliny , od której wyszła cała inicjatywa owego spotkania i która podjęła działania z nim związane.

Jeszcze raz apeluję: poznajmy się i podbijmy Silesię :D

niedziela, 22 kwietnia 2012

Rimmel - Lasting Finish By Kate Lipstick, nr 16 Rossetto.


Tak wiem, TA szminka marki Rimmel, atakuje Was zewsząd. Jak widać i ja nie oparłam się jej urokowi, dlatego z radością przygarnęłam ją z Rossmannowskiej szafy Rimmel.
Zresztą, zauważyłam ostatnio, że coraz częściej podczas makijażu, kiedy staje przed wyborem błyszczyk/pomadka - wybieram zazwyczaj to drugie... Dlatego żal byłoby nie mieć tej Rimmelowej nowości, tym więcej, że to piękny kolor, którego nawet w zbliżonej wersji, wcześniej nie posiadałam.



Nr 16 Rossetto, to różowo-koralowy odcień, bez drobinek. Kremowa konsystencja pomadki, znacznie ułatwia aplikację.
Warto zauważyć, że po otwarciu opakowania, które swoją drogą jest dosyć porządne i możemy być raczej pewne, że nie otworzy się mimowolnie w naszej torebce, dociera do nas specyficzny zapach, ni to poziomka, ni guma balonowa - na pewno różni się on od zwykłego, 'szminkowego' zwykle zapachu.
Trwałość to kilka godzin, nic nadzwyczajnego, ale uwaga, jeśli oczywiście niczego nie pijemy oraz spożywamy. W innym wypadku szminka ściera się dosyć łatwo z ust.



Sprawą sporną jest to, czy posiada właściwości wysuszające usta, czy nie... Jak dla mnie, w tym wypadku 'wysuszenie' to zbyt duże słowo. Odczuć można natomiast coś w rodzaju, ściągnięcia ust - nie jest to jakoś bardzo nieprzyjemne, czy też przeszkadzające, no ale jednak... nawilżenia mimo ogólnej 'kremowości' pomadki, nie uświadczymy.



Mimo tych, ośmielę się je tak nazwać, niedogodności, z nową propozycją od Rimmela, czyli nr 16 Rossetto, bardzo się polubiłam. Jak widać, jest to twarzowy odcień, który dodaje zarazem nieco koloru, nawet najprostszemu makijażowi.
Obiecałam sobie, że nie spocznę póki nie zdobędę tej szminki i jak widać byłam uparta w poszukiwaniach, bo znalazłam ją dopiero w 3 Rossmannie i to w zastraszającej ilości - sztuk dwie! Jakby na to nie patrząc cena 16.99 jest całkiem zachęcająca i przystępna, tym bardziej, że pozyskujemy, dosyć oryginalny odcień pomadki, który będzie jak znalazł na wiosnę i lato ;)

A Wy skusicie się na Rossetto? A może nie jest to zupełnie Wasz kolor?

piątek, 13 kwietnia 2012

Everyday Minerals - Puder rozświetlający: Viki's Radiant Creation, cienie: Dandelions i That's Super Keen.

Święta już dawno minęły, a ja pojawiam się dopiero teraz. Czas 'przedświąteczny' nie należał do najlepszych, zabieg chirurgiczny, a następnie 10-dniowe paradowanie ze szwami, skutecznie wyłączyły mnie z ujawniania się na blogu... To tak w ramach wyjaśnień.
No ale, już jest wszystko w porządku, także czas na zaległą recenzję. Tym razem pod lupę biorę kosmetyki mineralne, które już jakiś czas temu otrzymałam w ramach współpracy ze stroną www.kosmetyki-mineralne.com/.


Miałam okazję wypróbować 3 produkty, na pewno znanej przez Was marki, Everyday Minerals, a dokładniej mówiąc:
- Puder rozświetlający Viki;s Radiant Creation
- Cień Dandelions
- Cień That's Super Keen

Rozświetlacz to połączenie odcieni beżu oraz różu wraz z drobinkami. Z powodzeniem można używać go zamiast bronzera, albo różu, bo podkreślenie policzków i nadanie delikatnej barwy jest widoczne. Dlatego dla osób z bardzo jasną cerą, może okazać się za ciemny jako rozświetlacz.
Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że posiada mnóstwo migoczących drobinek. Jednak bez obaw, efekt bombki choinkowej, tudzież kuli dyskotekowej Nam nie grozi ;) Natomiast delikatne rozświetlenie i odbijanie światła na pewno. Moje opakowanie to 2,5g, i taka gramatura z tego co widzę posłuży mi długo - wierzcie mi.

                       
Cienie - oba zamknięte w 'podróżnym opakowaniu', w sam raz do wrzucenia do kosmetyczki, czy gdziekolwiek indziej. Pierwszy, to biały shimmer, idealny do rozświetlenia powieki. Dokładając kolejne warstwy uzyskamy większą intensywność i krycie - oczywiście nie zapominamy o wcześniejszym nałożeniu bazy ;)
Drugi cień, to przybrudzony miętus (pokusiłam się o taką nazwę ;p) o perłowym wykończeniu, dodam, że jest to naprawdę delikatna perła, bez tandetnego efektu.
Może nie są to moje ulubione kolory, jeżeli chodzi o cienie... rzadko kiedy wykonuje na sobie makijaż w takich odcieniach, a to dlatego, że słabo komponują się one z moją urodą.
Jednakże, akurat czego nie można odmówić tym  mineralnym cieniom , to na pewno trwałości. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona, kiedy nadszedł czas wieczornego demakijażu, a makijaż powiek był w nienaruszonym stanie.
Poza tym, sama aplikacja jest prosta, szybka i przyjemna. Cienie z łatwością można rozetrzeć, połączyć ze sobą, czy blendować. Jestem na tak, nawet bardzo! Gdyby tylko w moje ręce wpadły bardziej przystępne kolory (brązy, fiolety...) byłaby to pełnia szczęścia.

Póki co zasypuje Was zdjęciami z tym duetem kolorystycznym:



Minerały to świetna sprawa. Póki sama nie miałam z nimi styczności, byłam dosyć sceptycznie do nich nastawiona. W tym momencie zmieniłam zdanie o 180 stopni i żałuję, że o wiele wcześniej nie miałam z nimi do czynienia. Wszystkie osoby, które nadal są niezorientowane w temacie, zachęcam do wypróbowania chociażby jednego produktu tego typu - na pewno będzie to miłe zaskoczenie ;)

Popularne posty